|
niedziela, 20 kwietnia 2008
Nabór na Redlog.pl!
Redlog.pl to obecnie największy i chyba pierwszy polski blog o angielskim klubie piłkarskim, Manchesterze United. Został on założony 9 kwietnia 2007 roku, a jego oficjalna premiera miała miejsce 19 dni później czyli 28 kwietnia. Z początku był częścią serwisu DevilPage.pl, jednak 7 lipca 2007 roku stał się samodzielny. Dołączyło do nas wówczas wielu nowych autorów. Naszą działalność po raz pierwszy doceniono 7 lipca roku 2008, kiedy to dostaliśmy się do finału konkursu na Blogera Roku 2007 (organizowanego przez Wiadomosci24.pl) i zwyciężyliśmy w kategorii Kultura i Media. Mogę powiedzieć z własnego punktu widzenia, że w ciągu minionego roku blog rozwinął się w nieprawdopodobny sposób, stając się jedną z najważniejszych stron o Manchesterze United w Polsce. Poruszane tematy nie dotyczą tylko wielokrotnego mistrza Anglii. Artykuły wybiegają tematyką poza sprawy klubu i traktują również ogólnie o piłce nożnej, nie tylko na Wyspach. Od czasu do czasu pojawiają się również wpisy dotyczące sportu w ogóle. Nie brakuje też kontrowersji, jak chociażby teksty o piłkarzach homoseksualistach czy bardzo ostatnio popularnej kwestii Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Redloga odwiedza codziennie tysiące unikalnych użytkowników. Strona wciąż się rozwija. Jakiś czas temu uruchomiono usługę relacji SMS ze spotkań Man Utd, którą śledzi już około dwóch tysięcy użytkowników. Tydzień temu Redlog.pl rozpoczął tekstowe relacje na żywo z meczów "Czerwonych Diabłów", w planach są również inne, bardzo ciekawe projekty. Obecnie Redlogowi brakuje tylko jednego, ale tego najważniejszego - ludzi do pracy, a konkretniej do pisania. Jeżeli jesteś kibicem piłkarskim, w szczególności Manchesteru United, lubisz i umiesz ciekawie pisać, chciałbyś, by Twoje teksty prezentowane były szerszemu gronu czytelników - zgłoś się na Redloga.
piątek, 07 marca 2008
Gustaw Holoubek o futbolu
Na blogu Rafała Steca znalazłem notkę o Gustawie Holoubku. Dowiedziałem się z niej, że mój ulubiony sportowy felietonista 6 lat temu przeprowadził ze zmarłym wczoraj aktorem wywiad, w którym poruszana była oczywiście tematyka piłkarska [Holoubek był wielkim fanem Cracovii i w ogóle futbolu]. Już same jego wypowiedzi robią wrażenie, ich konstrukcja, styl, słownictwo, ale mnie najbardziej urzekły cytaty z jego książki "Wspomnienia z niepamięci": Musi być więc coś, co ją, jeśli można tak powiedzieć wyróżnia. I myślę sobie, że tym czymś jest fakt równie oczywisty, co fantastyczny. Piłkarski mecz daje nam okazję do oglądania z bliska bitwy, bitwy w pełnym znaczeniu tego słowa, bo rządzącej się zasadami strategi wojennej. Wszystko w niej jest. Wstępne harce służące do zbadania możliwości bojowych przeciwnika, próby ataków małymi siłami, wypady w głąb linii obronnej wroga, generalne ofensywy podjęte z pewności przewagi albo determinacji w obliczu klęski, dbałość o zabezpieczenie własnych tyłów, od krycia poszczegołnych napastników do skomasowanej defensywy. I broń zasadnicza - strzały - tak właśnie się nazywają i mają miejsce po wypracowaniu najdogodniejszej pozycji dla ich celności. (...)
Można by podważyć tę moją wojenną teoryjkę argumentem, że wiele innych gier zbiorowych rządzi się taką samą strategią. Będę się jednak upierał przy wyjątkowości futbolu. Rzut do kosza czy ścięcie piłką siatkową mają miejsce w ciągu meczu tyle razy, że natura gry przestaje być trudem walki rozciągniętej w czasie, umożliwiającej zbudowanie dramaturgii, a staje się tylko popisem szybkości, grą i tylko grą, jak dziesiątki innych gier sportowych, w których fizyczna sprawność zawodników staje się głównym przedmiotem naszego zachwytu. A właśnie dramaturgia, o której mówię, mieszcząca się w klasycznej formule poetyki Arystotelesa, z ekspozycją, kulminacją i katastrofą, trwająca w trzech jednościach, czasu, miejsca i akcji, dramaturgia, która ma niewątpliwie miejsce na meczu piłkarskim, nam, widzom, daje szansę wyjścia wyobraźnią poza sportowe widowisko. Jakże trafione porównania i w ogóle opis tej dyscypliny! Szczególnie w drugim fragmencie, gdzie Holoubek zestawia piłkę nożną z innymi grami zespołowymi i pięknie tłumaczy na czym polega fenomen futbolu. Po prostu nic dodać, nic ująć. A cały wywiad można przeczytać tutaj.
środa, 27 lutego 2008
Drybling surowo wzbroniony
A pomyślałem, że wrzucę tutaj link do mojego najnowszego tekstu na Redlog.pl W artykule zabrałem głos w sprawie niedawnej krytyki Naniego. Skrzydłowemu Manchesteru United dostało się za "upakarzanie" rywali i okazywanie im "braku szacunku" podczas spotkania 5. rundy Pucharu Anglii z Arsenalem Londyn.
niedziela, 17 lutego 2008
Po meczu: Manchester United - Arsenal Londyn
Najpierw był mecz z Tottenhamem, w którym wyrównanie dla Manchesteru United padło dopiero w czwartej minucie doliczonego czasu gry. Później piłkarze sir Alexa Fergusona mieli uczcić ofiary katastrofy pod Monachium w derbowym meczu z Manchesterem City. Nie uczcili, bo przegrali 1:2 po bardzo słabej grze. "Czerwone Diabły" przeżywały kryzys, a raczej zadyszkę, która zdarza się w napiętym terminami sezonie. Niestety, przytrafiła się w najgorszym możliwym momencie, bo kolejnym spotkaniem miał być mecz o awans do ćwierćfinału Pucharu Anglii. Mecz wydawałoby się trudny, bo na Old Trafford przyjechał, będący w świetnej formie, Arsenal Londyn - lider Premier League. Nic bardziej mylnego... Po meczu z City Sven-Goran Eriksson zdradzał sposób na pokonanie Manchesteru - wystarczy wyłączyć z gry Ronaldo. Przed sobotnim spotkaniem w FA Cup wtórował mu Arsene Wenger, który stwierdził, że trzeba Portugalczyka zmusić do gry obronnej, przez co nic pod bramką "Kanonierów" nie zdziała. Muszę przyznać, że obaj panowie mieli jakąś myśl i ich pomysły wcale nie były takie pozbawione sensu. Cóż, menedżer Arsenalu nie wziął pod uwagę jednego - a co jeśli Cristiano Ronaldo nie zagra? Taki właśnie manewr wykonał Ferguson - byłego gracza Sportingu Lizbona nie było nawet na ławce rezerwowych. Manchester wyszedł w dość nietypowym składzie z aż pięcioma pomocnikami i osamotnionym Wayne'em Rooneyem z przodu. 4-5-1? Znowu?! A do tego w podstawowej jedenastce pojawił się niemieszczący się nawet na rezerwie Darren Fletcher! Pierwsza myśl kibica United? "No, to po zawodach". Owszem, można było tak pomyśleć, ale jak to często bywa, piłkarze sprawili swoim fanom, i przy okazji rywalom, psikusa. Ci pierwsi przecierali oczy ze zdumienia widząc, jak wspomniany Fletcher biegał, walczył, podawał - był po prostu wszędzie! Nani dryblował, mijał przeciwników, Carrick posyłał długie, superdokładne prostopadłe piłki, Anderson z kolei odbierał je swoim rywalom i sprawiał wrażenie niewyżytego, jakby nie grał w piłkę od miesięcy. Co się działo?! Arsenal mniej więcej po kwadransie gry po prostu nie istniał. Rzut rożny w 16. minucie w wykonaniu Naniego, piłkę wybili obrońcy, ale ta trafia z powrotem w pole karne na głowę Andersona, ten przedłuża jej lot wprost na stojącego na piątym metrze Rooneya i... wściekle szczęśliwy Anglik biegnie do narożnika i uderza pięścią chorągiewkę. To był kluczowy moment spotkania - szybko zdobyta bramka uspokoiła gospodarzy i dodatkowo ich uskrzydliła. Szczególnie Fletchera. Dosłownie 180 sekund później w pole karne wbiegł Nani, zwiódł Justine'a Hoyte'a i dograł idealną piłkę na głowę szkockiego pomocnika. 2:0 z Arsenalem, po ledwie 20 minutach gry, ale tak naprawdę było po wszystkim. Nokaut bezapelacyjny! "Kanonierzy" w tym spotkaniu nawet jakby mieli coś do pokazania, to po prostu nie byliby w stanie tego zrobić. Agresywna gra ze strony każdego z graczy Fergusona po prostu na to nie pozwoliła. Fletcher grał mecz życia, o wiele lepszy niż ten wygrany 7:1 z AS Romą w ubiegłym sezonie. Nieprawdopodobne zawody w jego wykonaniu, ciężko było uwierzyć, że to właśnie jest on. Świetnie wsparty w środku pola przez Carricka z Andersonem - to trio było wodą na młyn, było podstawą świetnej gry Manchesteru United tego wieczoru. Strzelane bramki nie były aż tak istotne, jak styl prezentowany przez mistrzów Anglii. Ach, żeby tak grali w każdym meczu! Kolejne bramki były kwestią czasu, ale też były jedynie dopełnieniem pięknego spektaklu. Długa piłka od Carricka znalazła wbiegającego Naniego w pole karne. Portugalczyk przyjął piłkę i spokojnie pokonał Jensa Lehmanna. Czwarty gol padł już w drugiej części spotkania, gdy gospodarze spokojnie kontrolowali grę, grając z przewagą jednego zawodnika (w 49. za brzydki faul na Evrze ukarany został Eboue). Ponownie Nani dośrodkował w pole karne, a akcję przy długim słupku strzałem głową zamknął po raz drugi Fletcher. Ciekaw jestem ileż razy Szkot będzie musiał jeszcze udowadniać jak wartościowym jest pomocnikiem, by zasiadał chociaż regularnie na ławce rezerwowych. No, ale taką mamy sytuację na Old Trafford - pięciu środkowych pomocników, a w meczu z reguły gra dwóch, trzech. Wierzę jednak, że wkrótce wszystko się jakoś unormalizuje. W każdym razie absolutnie nie powinniśmy się pozbywać Darrena. "Pokazał jakim jest świetnym graczem. Ten mecz był idealny dla Darrena, w zasadzie zawsze gra dobrze przeciwko Arsenalowi. To był jego dzień" - powiedział o Fletcherze Ferguson. Na równie wysoką pochwałę zasługuję także Nani, który wypracował obie bramki Fletchera, a także sam wpisał się na listę strzelców. Oprócz tego, jak już wspomniałem wcześniej, był nie do zatrzymania dla obrońców "The Gunners". To on zastąpił Ronaldo, który oglądał ten mecz z trybun. Myślę, że młodszy z portugalskich skrzydłowych zasługuje na miejsce w podstawowym składzie "Czerwonych Diabłów", jednak ciężko będzie pozbawiać tego miejsca weterana Giggsa, który stara się pobić rekord w ilości występów w drużynie z Manchesteru. Wracając do meczu, jego końcowy wynik powinien być jednak wyższy niż 4:0, szczególnie po odesłaniu do szatni Eboue. Niestety, Rooney miał dziś spore problemy z trafieniem po raz kolejny do bramki Lehmanna. Napastnik marnował okazje seryjnie, ale w obliczu takiej gry i takiego wyniku należy mu to wybaczyć i liczyć, że już w kolejnym meczu poradzi sobie lepiej ze swoją skutecznością. Ferguson zmienił go później na Louisa Sahę. Cóż, Francuz w paru akcjach pokazał, że jest fantastycznie wyszkolony technicznie, niestety jego ogranie pozostawia wiele do życzenia. Nie wiem gdzie i jak miałby się Saha ogrywać, w sytuacji, gdy przed "Czerwonymi Diabłami" same ważne mecze - trzeba gonić Arsenal w lidze, walczyć o dalsze rundy FA Cup oraz, oczywiście, pokonać Olympique Lyon i dostać się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. To było wyśmienite spotkanie, gospodarze nie pozwolili Arsenalowi praktycznie na nic i mam nadzieję, że taka gra i taki wynik dodadzą zawodnikom pewności siebie i swoistego rozpędu, który w kolejnych meczach pozwoli im rozjeżdżać następnym przeciwników. Również sir Alex ma nadzieję, że wygrana z "Kanonierami" pozytywnie wpłynie na walkę o mistrzostwo kraju. "Mam nadzieję, że ten rezultat wpłynie na naszą walkę o obronę tytułu. Gdy w kwietniu Arsenal odwiedzi nas ponownie, będą wiedzieli, że czeka ich tu naprawdę trudny pojedynek. Oczywiście, do tego spotkania jeszcze dwa miesiące i obie ekipy mogą być w kompletnie innych formach niż teraz, ale nasze apetyty na ligową potyczkę z nimi diametralnie wzrosły."
czwartek, 26 lipca 2007
Boski
Nie jest jakąś wielką tajemnicą, że obecnie futbolem rządzi kasa. W
sumie, możnaby zaryzykować tezę, że cały świat nakręca właśnie
pieniądz, ale pominę inne dziedziny życia, skupiając się na sporcie, a
dokładniej - na piłce nożnej. Nie pomylę się bardzo, jeżeli powiem, że
wielu obecnych kibiców Manchesteru United zainteresowało się tym klubem
przez dość specyficzny "produkt marketingowy". Nie, nie chodzi mi tutaj
o reklamy sprzętu elektronicznego czy operatora telefonii komórkowej
lub o towarzystwo ubezpieczeniowe. Mam na myśli jednego człowieka.
David Beckham, bo o nim mowa, był, i chyba ciągle jest, najbardziej
rozpoznawalnym piłkarzem na kuli ziemskiej. Dochody ze sprzedaży
koszulek z jego nazwiskiem wciąż pozostają gigantyczne, nie mówiąc już
o innych, przeróżnych gadżetach z jego wizerunkiem. Ale era Beckhama na
Old Trafford minęła kilka lat temu. Trzeba było znaleźć innego,
przynoszącego dochód, zawodnika... Po odejściu popularnego Anglika, sir Alex Ferguson potrzebował nowego piłkarza na prawe skrzydło. Ole Gunnar Solskjaer, który na kilka meczów przed końcem sezonu 2002/2003 zastępował Beckhama na jego pozycji, raczej nie był odpowiednim zawodnikiem. Podczas przygotowań do kolejnego sezonu, Manchester United wybrał się do Portugalii, by rozegrać sparing ze Sportingiem Lizbona. Po dobrych występach w USA, na drużynę z Old Trafford polał się zimny prysznic. "Czerwone Diabły" przegrały 1:3, a sprawcą tej sensacji był, jeszcze wtedy mało znany, 18-letni portugalski skrzydłowy. Cristiano Ronaldo. Jego dryblingi i efektowna gra wprawiły w osłupienie zarówno zawodników, jak i menedżera z Manchesteru. Propozycja do klubu z Lizbony przyszła po kilku dniach - 12,75 miliona euro za "kata United". Oferta została przyjęta. Debiut Ronaldo nastąpił już w pierwszym ligowym spotkaniu. Kibice na Old Trafford zobaczyli młodego Latynosa, z balejażem na włosach i... numerem 7 na koszulce. Tym samym, który nosił wcześniej Beckham. Część kibiców uznała to za profanację. Była 60. minuta spotkania, gdy Portugalczyk wszedł do gry. To, co działo się przez następne pół godziny na Old Trafford, wprawiło fanów United w osłupienie. To było jak inny świat. A raczej, jakby piłkarz, który właśnie debiutował, nie był człowiekiem. Prezentował niesamowitą szybkość, nie tylko w biegu, ale i w dryblowaniu. Przekładał nogi nad piłką jak żongler, który nie zajmuje się niczym innym, tylko trenuje. Kto zechciał śledzić dokładnie ruch jego nóg, mógł dostać oczopląsu. Obrońcy Boltonu nie wiedzieli co się dzieje, byli jak dzieci we mgle. Typowa akcja Ronaldo wyglądała tak, że Portugalczyk dostawał piłkę w okolicach środka boiska, po czym 30 metrów dalej padał na murawę po faulu... czwartego z kolei rywala, którego próbował minąć. Pozostali trzej pozostawali za plecami Cristiano, leżąc na murawie po spóźnionych wślizgach... Kibice przecierali oczy ze zdumienia. Ktoś tu mówił o jakiejś profanacji? Szybko okazało się, że, choć gra Ronaldo była piękna i efektowna, to z efektywnością miała mało wspólnego. Mnóstwo traconych piłek, nieudane zagrania, także dryblingi. Choć ciągle jego styl mieszał w zasiekach obronnych przeciwnika i mimowolnie ściągał na siebie większość obrońców, to jego gra z czasem robiła się coraz mniej przydatna dla zespołu. Właśnie... Zespół. Portugalczyk zbyt szybko uwierzył w siebie i grał bardzo egoistycznie, czym zyskiwał sobie więcej i więcej przeciwników w postaci niezadowolonych fanów. Choć wciąż ta część, dla której dryblingi to najważniejsza część futbolu, wciąż wierzyła w swojego "bożyszcza" i twardo broniła go przed krytykantami. Kryzys przyszedł podczas drugiego sezonu, a raczej po jego zakończeniu. Ronaldo grał wciąż to samo, czyli maksimum widowiskowości, minimum skuteczności, choć czasami jego zagrania były naprawdę imponujące. Średnie występy czasami przeplatał z dobrymi, ale ogólnie nie wyglądało to najlepiej. Fala krytyki spadła na niego jednak nie przez jego grę, a zachowanie, gdy podczas meczu Portugalia - Anglia na mistrzostwach świata w 2006 roku wpłynął (ciągle jest to spora kontrowersja, czy faktycznie tak było) na głównego arbitra, by ten upomniał kartką Wayne'a Rooneya, swojego kolegę z klubu. Sędzia, owszem, wyjął kartkę, ale czerwoną i usunął Anglika z boiska. Tuż po tym kamery uchwyciły moment, w którym Ronaldo "puszcza oczko" w kierunku swojej ławki rezerwowych. Cała Anglia wpadła w furię. Oliwy do ognia dolał wywiad Portugalczyka, w którym otwarcie mówi o tym, że chciałby przejść do Realu Madryt. W kolejnych wywiadach kilkakrotnie zmieniał "zeznania", najpierw mówił, że chodziło mu o przyszłość, kiedy indziej, że nie ma wsparcia od kibiców i menedżera. Niewiadomo czy niektóre z nich nie były spreparowane, natomiast jedno było pewne. Ronaldo był w Anglii skreślony. Chociaż... Jedynym, który sobie nic z tego nie robił, był sir Alex Ferguson. Zapowiedział, że skrzydłowy zostanie na Old Trafford i tak też się stało. Sprawa z mundialu była rozdmuchana przez angielską prasę do niepojętych rozmiarów. Zawodnik stał się wrogiem publicznym numer jeden. Ciężko było się spodziewać jakiejkolwiek pozytywnej reakcji od kibiców. Przyznam, że ja sprawę bagatelizowałem - z jednej strony faktycznie dziwnie to wyglądało, żeby kolega koledze taki numer wywinął, ale z drugiej, w kadrze Portugalii Ronaldo reprezentuje swój kraj i to jego przedkłada ponad wszystko. Robi tak każdy powołany do jakiejkolwiek reprezentacji zawodnik i z tego punktu widzenia, Cristiano zachował się normalnie, o ile można mówić o jakichś normach. Ale wróćmy do początku kolejnego sezonu... Wielu fanów klubu z Old Trafford obawiało się, że znowu "Czerwonym Diabłom" nie uda się zdobyć mistrzostwa, tym bardziej, że Ferguson kupił ledwie dwóch nowych piłkarzy, w tym jeden z nich to bramkarz (Kuszczak i Carrick). Do tego pozbył się swojego najlepszego strzelca w drużynie - Ruuda van Nistelrooya. Trudno się dziwić, że kibice byli pełni obaw. Jednak już pierwsze spotkanie, wygrane u siebie 5:1 z Fulham mogło tchnąć wiarę w największego niedowiarka. Do tego kapitalny mecz rozegrał Ronaldo i pokazał, że między nim a Rooneyem nie ma żadnych niesnasek. To, co działo się później, było niczym wrażenie z debiutu Portugalczyka w Manchesterze. Nikt nie wierzył własnym oczom, Ronaldo strzelał bramkę za bramką, wypracowując przy tym tyleż samo asyst. Gra 22-latka była fantastyczna, mimo nieprzychylności ze strony fanów drużyn przeciwnych, którzy buczeli przy każdym zetknięciu Ronaldo z piłką. On jednak odpowiadał na krytykę w nieprawdopodobny sposób. Na koniec sezonu Portugalczyk został uhonorowany tytułem Najlepszego Młodego Piłkarza Roku i Najlepszego Piłkarza Roku w Premiership. W taki sposób zagłosowali zarówno piłkarze z trenerami wszystkich klubów, jak i dziennikarze i korespondenci. Absolutny nokaut. Już nie trzeba dodawać, że również kibice Manchesteru wybrali "Mrugacza" (przezywany tak po wspomnianym incydencie z Rooneyem z mundialu) najlepszym w minionym sezonie. Metamorfoza tak wspaniała, niczym uczestniczek programu telewizyjnego "Chcę być piękna". Czasami do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Choć niektórzy twierdzą, że prędzej czy później musiało to nastąpić. Bo nie jest to żaden fenomen, a po prostu wybuch fantastycznego talentu tego młodego zawodnika. Jedynym, co może zadziwiać w tej sytuacji, jest przeciwstawienie się nagonce zapoczątkowanej przez angielskich "pismaków" (nie chcę pisać dziennikarzy, bo niektórzy z nich na to miano absolutnie nie zasługują). Ronaldo poradzi sobie z ogromną presją ze strony angielskich kibiców. A wybryk z mundialu fani z Old Trafford już dawno mu wybaczyli. Znów był "bożyszczem", tym razem tłumów. Ja jednak zacząłem się martwić o jego dyspozycję w przyszłym sezonie. Miałem dziwne wrażenie, że to tylko taki pojedynczy "wybryk", że w kolejnych meczach będziemy znowu widzieli "starego, dobrego Ronaldo", czyli przerost formy nad treścią. Z niecierpliwością czekałem na początek azjatyckiego tournee, na które udał się Manchester United w ramach przygotowań do sezonu. Wiedziałem, że gra z takimi przeciwnikami jak FC Seul czy Shenzen Kingway nie jest żadnym wyznacznikiem formy prezentowanej w nadchodzących meczach o punkty. Przykładem niech będzie wycieczka do USA sprzed 4 lat, gdy United grali bardzo dobrze, a jak się skończyło, wszyscy wiemy. Mimo to, chciałem zobaczyć w jakiej dyspozycji znajdują się niektórzy piłkarze i nie ukrywam, najbardziej zależało mi na Ronaldo i Rooneyu. I co tu dużo mówić, w trzech już rozegranych spotkaniach Cristiano zdobył trzy bramki i asystował przy trzech innych. Jeżeli tylko utrzyma tą formę, nie będę się o nic martwił. Nie to jednak przykuwa uwagę mediów i kibiców do tego, co dzieje się w Azji. Prawdą jest, że same wyniki w sparingach nie są tak istotne, bardziej liczy się gra. Na azjatyckiej "wycieczce" zadziwia natomiast coś innego. Wrzawa kibiców. No, nie jest to oczywiście nic nadzwyczajnego, w końcu ryk, jaki potrafią z siebie wydobyć na przykład kibice angielscy, jest powszechny w Premiership i to niezależnie od stadionu, na jakim rozgrywane są zawody. Natomiast ta wrzawa, o której wspomniałem, daje się słyszeć w konkretnym przypadku - gdy On jest przy piłce. Tumult jest niesamowity, jakby do ludzi zebranych na stadionie przybył niewiadomo kto, lecz to tylko On... Gdy przejmuje piłkę i rozpoczyna swój "taniec", mija rywali jak tyczki, dogrywa do kolegów albo też wykańcza akcje samodzielnie. Normalnie, piłkarski Bóg. Nic dziwnego, dlaczego "Czerwone Diabły" tak lubią jeździć na ten kontynent. Azjaci wprost szaleją na ich punkcie, dzięki czemu chętniej też kupują klubowe gadżety i koszulki. No, a gdy zobaczą Ronaldo w akcji na własne oczy, to czyj t-shirt będzie towarem najbardziej pożądanym? Real Madryt, z którego do L.A. Galaxy właśnie przeniósł się David Beckham, niedawno oświadczył, że z samej sprzedaży koszulek z nazwiskiem Anglika zgromadził ponad 300 milionów euro. Przez zaledwie trzy lata. To przecież około 100 (słownie: sto) milionów za sezon! To ogromne pieniądze, które w zasadzie każdemu klubowi mogą się przydać. Jeżeli udałoby się wykonać z Cristiano Ronaldo właśnie taki "produkt marketingowy", byłaby to kura znosząca złote jajka. No i wszyscy byliby zadowoleni - kibice, bo mieliby swojego idola, który w dodatku jest skuteczny, a także wiecznie narzekający na G****... o, przepraszam, na rodzinę Glazerów, która wciąż spłaca ogromy dług zaciągnęty na kupno Manchesteru United.
niedziela, 22 lipca 2007
O bramkarzach słów kilka
Odejście Petera Schmeichela z Manchesteru United oznaczało koniec pewnej ery. Duńczyk spędził na Old Trafford dziewięć sezonów, podczas których wypracował sobie miano najlepszego bramkarza w historii "Czerwonych Diabłów". "Wielki Duńczyk", bo tak go nazywano, występował również w reprezentacji swojego kraju, dla której zagrał aż 129 razy. Był to niewątpliwie wspaniały bramkarz. Jednak nic nie trwa wiecznie i nadszedł czas, w którym Peter zdecydował się odejść z Old Trafford. Sir Alex Ferguson był zmuszony poszukać kogoś na jego miejsce. Były to poszukiwania żmudne i długotrwałe. Warto też dodać, że nie zawsze wypadały pomyślnie... W 2000 roku na Old Trafford zawitał Fabien Barthez. Francuz był na fali, jego reprezentacja właśnie zdobyła mistrzostwo Europy, a dwa lata wcześniej okazała się najlepsza na mundialu. Jego pierwszy sezon w Anglii był fantastyczny. Szybko zyskał sympatię fanów, tym bardziej, że grał "pod publiczkę", lubił się popisywać. Często wdawał się w dryblingi z napastnikami rywala, efektownie wyłapywał górne piłki. Jednak po pewnym czasie takie zagrania przyniosły gorszą dyspozycję i w końcu sir Alex nie wytrzymał, sadzając Bartheza na ławkę rezerwowych. Wkrótce potem Francuz został wypożyczony do Olimpique Marsylia, do którego później przeszedł już definitywnie. Nic dziwnego, nie był to bramkarz na miarę takiego klubu, jak Manchester United - był showmanem i do tego sporo brakowało mu do "Wielkiego Duńczyka". Kolejnym nabytkiem, w lipcu 2001 roku, jeszcze za czasów gry Bartheza, był urodzony w Północnej Irlandii Roy Carroll. Były zawodnik Wigan Athletic miał pełnić rolę zmiennika w drużynie i tak też było. Niespodziewanie, w październiku 2003 roku, klub z Old Trafford ściągnął do siebie Amerykanina, Tima Howarda. W wyniku tego transferu pozwolono Barthezowi opuścić Manchester, a Carroll cały czas pozostawał numerem dwa, tym bardziej, że sprowadzony z MLS golkiper miał świetny pierwszy sezon. Został nawet wybrany do jedenastki roku, jako jedyny zawodnik "Czerwonych Diabłów". Podczas jego drugiego sezonu na Wyspach nie było już tak różowo. Amerykanin zaczął popełniać coraz więcej błędów, stracił pewność siebie i Ferguson postanowił dać szansę Carrollowi. Niestety, również i rezerwowy bramkarz nie potrafił złapać dobrej, stałej formy i szkocki menedżer "próbował" raz jednego, a raz drugiego golkipera. Jakie przynosiło to skutki, nie trzeba chyba tłumaczyć kibicom piłki nożnej - brak ustabilizowanej formy i rotacja na bramce podowowała niepewność w szeregach obronnych, nie wspominając o licznych błędach naszych bohaterów. Nic dziwnego, że z Carrollem nie przedłużono kontraktu. Roy odszedł do West Ham United. Z Howardem też nie wyszło zbyt dobrze, bo zaoferowano mu nową umowę pod koniec sezonu 2005/2006, ale po kilku dniach na Old Trafford znalazł się nowy bramkarz, 35-letni wówczas Holender, Edwin van der Sar. Rozwścieczony Amerykanin palnął w wywiadzie, że gdyby wiedział o tym transferze, to na pewno niczego by nie podpisywał. Na sezon 2006/2007 Howard został wypożyczony do Evertonu, z którym później podpisał 6-letnią umowę. No tak, przechodzimy do "czasów współczesnych". Na Old Trafford zawitał Edwin van der Sar. Były bramkarz Ajaksu Amsterdam, Juventusu Turyn i Fulham Londyn. W kadrze Holandii do tej pory rozegrał aż 118 spotkań, ale to na pewno nie koniec jego przygody z reprezentacją. Weteran. Wielu fanów z Manchesteru nawoływało do sprowadzenia Holendra już wcześniej, ale musieli na to poczekać kilka ładnych lat. Niektórzy twierdzą, że van der Sar powinien trafił do "Teatru Marzeń" zamiast wspomnianego Bartheza... Co potrafi, fani mogli już obserwować w spotkaniach Fulham, dlatego jego gra od początku nikogo nie zaskoczyła. Szybko stał się absolutnym pewniakiem, nie tyle w bramce, ale w ogóle w podstawowym składzie ekipy sir Aleksa. Sam Szkot stwierdził, że jest to najlepszy bramkarz Manchesteru United od Schmeichela, którego uznano przecież za najlepszego golkipera w historii Old Trafford. Jedyną wadą van der Sara jest jego zaawansowany wiek. Nic dziwnego, że włodarze "Czerwonych Diabłów" rozglądali się za jego przyszłym następcą. Padło na Tomasza Kuszczaka z West Bromwich Albion. Przede wszystkim szokowało to, że Polak stał się celem transferowym Fergusona. Z drugiej strony, "Polska bramkarzami stoi" - w Celtiku broni Artur Boruc, do Arsenalu w obecnym oknie transferowym trafił Fabiański, jeszcze niedawno bohaterem Liverpoolu był Jerzy Dudek, który 20 lipca 2007 roku podpisał umowę z Realem Madryt. Jak widać, polski bramkarz jest w cenie. A wybór menedżera Manchesteru nie powinien dziwić, na własne oczy przekonał się co Tomek potrafi. Pod koniec sezonu 2004/2005 West Brom przybył na Old Trafford. W 22. minucie spotkania kontuzji doznał pierwszy bramkarz, Russel Hoult, a rezerwowym w tym spotkaniu był właśnie Polak. Kuszczak od razu trafił na głęboką wodę, ale szansę, jaką otrzymał, wykorzystał w najlepszy możliwy sposób - powstrzymując Manchester i to na ich własnym terenie. Remis 1:1 był dla WBA niezwykle cenną zdobyczą. Wychowanek Śląska Wrocław został uznany graczem meczu, a w kolejnym spotkaniu znów zaimponował zachowując czyste konto i klub uratował się przed spadkiem. Po następnym świetnym sezonie, w którym zagrał w 28 spotkaniach, trafił do Manchesteru United stając się pierwszym Polakiem w historii tego klubu. Jak na razie pełni rolę rezrwowego, ale już niedługo może stać się numerem jeden. Choć nie będzie to łatwe zadanie. Rok przed sprowadzeniem Kuszczaka, na Old Trafford znalazł się młody, zbierający dobre recenzje, ale wtedy jeszcze mało znany, Ben Foster. Do Manchesteru trafił za milion funtów ze Stoke City, ale od razu został wypożyczony do Watford. Jego bardzo dobra postawa była jednym z czynników, które pozwoliły klubowi awansować do Premiership w sezonie 2005/2006. Na następne rozgrywki Foster znów został wypożyczony Watford, by zbierał doświadczenie w Premiership, i również spisał się całkiem przyzwoicie. Na tyle, że dostał powołąnie do reprezentacji Anglii i w niej zadebiutował. Niektórzy już uważają, że może być lepszy od van der Sara, co nie jest zbyt dobrą wiadomością dla Kuszczaka. Tym bardziej, że Foster jest Anglikiem, a reprezentacja "Lwów Albionu" ma notoryczne kłopoty ze znalezieniem klasowych bramkarzy, tak więc presja na Fergusona, by promował Bena, może być bardzo duża. Jednak wydarzenia z minionego sezonu mogą skłonić do innych przemyśleń niż to, kto powinien być rezerwą dla van der Sara. Należałoby się raczej zastanowić kto tak naprawdę będzie numerem jeden. W końcówce poprzednich rozgrywek Holender zaczął popełniać błędy dość poważne. Przestał prezentować pewność siebie, do której przyzwyczaił kibiców. Prawdopodobnie wszystko zaczęło się od złamania nosa w wyjazdowym spotkaniu z Tottenhamem. Pod koniec meczu Robbie Keane uderzył bramkarza Manchesteru kolanem w twarz. Mniejsza o to czy celowo, czy nie, w każdym razie Holender musiał pauzować przez kilka tygodni. Możliwe, że zostawiło to pewien uraz w psychice van der Sara, no i na pewno przerwa spowodowała spadek dobrej formy. Na szczęście jego błędy nie kosztowały United mistrzostwa Anglii, choć kibiców o słabszych nerwach mogły czasem przyprawić o palpitację serca. Powoli, acz nieśmiało, rozpoczęły się dyskusje kto po Holendrze stanie w bramce. Zapowiadała się pasjonująca walka między Kuszczakiem a Fosterem, choć jeszcze przed zakończeniem sezonu mówił się o wypożyczeniu Polaka do innego klubu. Jednak sam zainteresowany szybko i jednoznacznie rozwiał wątpliwości, zapewniając, że nie zamierza opuszczać Old Trafford. Można by stwierdzić, że Polak został w pewien sposób wynagrodzony, zostając sam na placu boju. Okazało się, że jego rywal do miana bramkarza numer dwa ma poważną kontuzję i nie zagra przez blisko pół sezonu, nie mówiąc już o dochodzeniu do odpowiedniej formy. Nic nie wskazywało na to, że po międzysezonowej przerwie coś zmieni się w obsadzie bramki. Jednak już w pierwszym meczu azjatyckiego tournee, mogliśmy zobaczyć tego samego, niepewnego van der Sara. Jest to dość niepokojące. Sam zawodnik przyznał, że zaczyna odczuwać trudy sezonu w związku z tak zaawansowanym wiekiem. Zapowiedział, że ten nadchodzący, będzie jego ostatnim. W bramce Manchesteru United robi się więc coraz ciekawiej, szczególnie dla polskich kibiców, którzy z pewnością trzymają kciuki, by Tomek częściej grał w wyjściowym składzie MU. Choć ważniejsza dla klubu jest stabilizacja, tym bardziej, że Ferguson ma na ten sezon wielkie plany - chce powtórzyć sukces z 1999 roku, zdobywając Potrójną Koronę. Zdecydowanie będzie potrzebował bramkarza, który zaprezentuje solidną, stałą formę, no i będzie przede wszystkim skutecznie bronił. Nie ma co ukrywać, pod względem umiejętności van der Sar jest o wiele lepszy od swoich konkurentów, wystarczy by tylko wrócił do swojej dobrej dyspozycji...
wtorek, 17 lipca 2007
Dudek na Santiago Bernabeu
Sprawa transferu Jerzego Dudka ciągnęła się długimi tygodniami. Co rusz mogliśmy czytać nowe spekulacje na temat klubu, w którym od nowego sezonu będzie występował Polak. Mało tego, sam zawodnik pisał przeróżne informacje na ten temat na swojej stronie internetowej. Były to najczęściej wieści owiane głęboką tajemnicą, bez żadnych konkretnych informacji, jedyne, co było wiadomo (ale nie na 100%), to kraje, z których kluby oferowały Dudkowi pracę. Po pewnym czasie, nie ma co ukrywać, stało się to wprost żenujące. Ileż można pisać w kółko jedno i to samo. Rozumiem, były reprezentant Polski chciał informować swoich fanów i innych czytelników strony o swojej aktualnej sytuacji. Ale w pewnym momencie wyglądało to, jak tzw. prasa brukowa, jakby pojawiały się tam niepotwierdzone, ba, nawet zmyślone wiadomości, byleby było sensacyjnie. Z czasem zaczęło to nużyć, a niektórych kibiców wręcz drażnić. Jedni mówili nawet, że Dudek specjalnie tworzy wokół swojej osoby medialny szum, żeby skusić inne, lepsze kluby, które wciąż się wahają nad złożeniem oferty. Szczególnie wieści o Realu Madryt wydawały się tak nieprawdopodobne, że coraz mniej osób miało wątpliwości, że to jedynie autopromocja. Tym bardziej, że byłoby dziwne, gdyby były bramkarz Liverpoolu chciał kolejny sezon spędzić na ławce rezerwowych - bramki "Królewskich" broni przecież Iker Casillas, golkiper niezniszczalny, o pozycji w Realu niepodważalnej. Przecież to Dudka najbardziej irytowało w swoim byłym klubie - brak gry, ciągłe "grzanie ławy". Wielokrotnie mówił, że chce odejść do drużyny, w której będzie mógł występować regularnie, dzięki czemu mógłby wrócić do reprezentacji (szczerze mówiąc, oby nie). A tu nagle Real Madryt. Owszem, trzeba przyznać, że nosić miano pierwszego Polaka w tym klubie, to niebywały zaszczyt. W sumie, co Dudek ma do stracenia? Oprócz tego, że piłkarsko już się raczej nie rozwinie i ma małe szanse na powrót do kadry (szczególnie po spotkaniu z Finlandią z początku eliminacji do Euro 2008), nic. A do zyskania? Nie mówiąc o wspomnianym honorze, nobilitacji (jak sam pisał na stronie), to na pewno niezłą kasę za same treningi. Nie ukrywajmy, przed Dudkiem już tylko emerytura, dlatego wypadałoby trochę zarobić na życie po piłce. Ale czy mimo wszystko ma szansę na grę? Real potrzebował zmiennika dla Casillasa, bo bramkarz nr 2, Diego Lopez, odszedł do Villarreal. Jak wyliczyli dziennikarze "Gazety Wyborczej", Hiszpan najwięcej spotkań opuścił w rozgrywkach o Puchar Króla - aż 6 na 10. Z kolei w ostatnich 114 meczach Primera Division nie wystąpił tyko czterokrotnie, podobną serię ma też w Lidze Mistrzów - przez ostatnie trzy lata nie zagrał tylko 2 razy na 26 występów Realu w walce o Puchar Europy. Jednak nowy trener "Królewskich", Bernd Schuster, podobno obiecał Dudkowi, że będzie grał. Wygląda na to, że Polak przede wszystkim będzie bronił w krajowych pucharach. No cóż, z jednej strony Dudek wybrał coś, o czym inni polscy piłkarze mogą tylko marzyć (nie licząc np. Kuszczaka czy Fabiańskiego) - możliwość gry w tak wielkim klubie, jak Real, a nawet tylko bycia jego zawodnikiem, to okazja, która nie trafia się często i grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Z drugiej zaś, kolejny sezon na ławce rezerwowych może być dla Jurka krokiem w tył. I to sporym. Ale, jak mówię, jest w takim wieku, że raczej trzeba spojrzeć na to od strony finansowej. Sportowcy mają swoje rodziny, którym trzeba zapewnić byt. Nie sądzę, by w tym przypadku inne kluby proponowały Dudkowi dużo większe zarobki niż te, które zaoferowano mu w stolicy Hiszpanii. Polak podpisze umowę w czwartek. Nie pozostaje nic innego, jak życzyć mu udanego pobytu w Madrycie.
poniedziałek, 16 lipca 2007
Blondwłosy dylemat
Dostałem dzisiaj na GG link do petycji w sprawie Alana Smitha. Wszystkich, którzy nie są obojętni na losy "Smudge'a" w MU, zapraszam do złożenia podpisu. Kilka notek wcześniej opisałem mniej więcej jak wygląda kadra napastników w klubie z Old Trafford. Jak na razie wszystko jest kwestią otwartą - transfer Carlosa Teveza do Manchesteru nie dość, że jeszcze nie doszedł do skutku, to trochę się skomplikował. Niewiadomo kiedy i czy w ogóle Argentyńczyk zawita na Old Trafford, choć dyrektor wykonawczy klubu, David Gill, zapewnił, że piłkarz stawi się na testach medycznych w tym tygodniu. Mimo wszystko myślę, że Tevez stanie się zawodnikiem MU i wtedy będzie można się zastanawiać co z napastnikami. Tymczasem drużyna sir Aleksa Fergusona powinna już być w Azji, gdzie jutro odbędzie się pierwszy sparing na azjatyckim tournee. Dobra wiadomość jest taka, że w kadrze znalazł się Alan Smith, co może świadczyć o tym, że jednak klub nie chce się go pozbywać, aczkolwiek trzeba przyznać, że Ferguson innego wyboru nie miał - pozostali napastnicy, poza Rooneyem, są z różnych względów niedostępni. Tak czy siak uważam, że Smith powinien zostać. Nie można oceniać przydatności zawodnika po tak długotrwałym leczeniu tak poważnej kontuzji, jak w przypadku "Smudge'a". Nie pokazał on jeszcze pełni swoich umiejętności po rehabilitacji, ale już w kilku spotkaniach widać było, że jest mocny psychicznie - bez zastanawiania ostro atakował piłkę, wykonując czasem brutalnie wyglądające wślizgi, nie bojąc się o odnowienie kontuzji. Najczęstszym argumentem wśród zwolenników transferu Smitha, jest stwierdzenie, że nie gra finezyjnie, jest "toporny" i nic ciekawego nie wniesie do ataku United. Dla mnie, być może paradoksalnie, właśnie to jest jego atut. Owszem, dobrze jest mieć jak najwięcej świetnie wyszkolonych technicznie, grających z polotem zawodników. Ale siłą drużyny, w moim odczuciu oczywiście, jest uniwersalność. Czasami zdarzają się pojedynki z przeciwnikiem, który wielkiego futbolu nie zagra, a mecz będzie bardziej przypominał pojedynek gladiatorów, a nie piłkarzy. Ciężko jest wtedy wygrać samą finezją. I w takim właśnie spotkaniu dużą rolę może odegrać Smith, który swoją agresją może wywalczyć piłkę gdzieś w strefie obronnej rywala i wyprowadzić skuteczny atak. Jego walory przydać się mogą również w meczach o większą stawkę, gdy drużyna będzie prowadzić z trudnym przeciwnikiem. Cóż blondwłosy napastnik może wtedy zrobić, by pomóc zespołowi? Choćby przeszkadzać i straszyć obrońców i pomocników, próbujących odrobić stratę. I Smith wcale nie musi grać wtedy na pozycji napastnika, możnaby go ustawić tuż za napastnikami, ewentualnie w środku pola. Doświadczenie na tej pozycji już ma, chociaż nie okazał się świetnym defensywnym pomocnikiem, to jednak takie rozwiązanie może okazać się strzałem w dziesiątkę. Pozostaje jedynie problem - co z Giuseppe Rossim? Tutaj koncepcje są różne: sprzedać za jak największą kwotę, wprowadzać do składu kosztem właśnie Smitha, wypożyczyć na kolejny sezon. Optuję za tym ostatnim wariantem, choć nie wypożyczałbym Włocha na całe rozgrywki, lecz jedynie do stycznia. Bo nigdy niewiadomo jaka będzie sytuacja z resztą napastników. Louis Saha i Ole Gunnar Solskjaer leczą urazy, Alan Smith może jednak nie powrócić do dobrej formy, a Tevez, o ile faktycznie uda się go sprowadzić, może mieć problemy z zaadaptowaniem się do stylu gry Manchesteru. Pozostałby wtedy tylko Rooney, który w minionym sezonie nie zdobywał bramek zbyt regularnie (choć jego końcowy dorobek to 23 gole we wszystkich rozgrywkach), i Dong Fanghzuo, który wielkiego doświadczenia nie ma i jest raczej wielką niewiadomą. W takim przypadku ratunkiem mógłby być właśnie powrót Rossiego w połowie sezonu. Na razie jednak pozostaje czekać na rozwój wypadków i na to, jak drużyna zaprezentuje się w najbliższych sparingach.
niedziela, 15 lipca 2007
Tylko czwarte miejsce, złota Brazylia
Kilkanaście minut temu zakończył się finał Ligi Światowej. Przez pięć ostatnich dni Katowice gościły 5 najlepszych siatkarskich drużyn po fazie grupowej oraz Francję, która otrzymała dziką kartę. Nadzieje polskich kibiców były ogromne, marzył im się finał z Brazylią. Niestety, wczoraj Polacy przegrali mecz półfinałowy, właśnie z "Canarinhos". Dzisiaj drużyna Raula Lozano zagrała w meczu o 3. miejsce z Amerykanami. I również odniosła porażkę (1:3). Zbyt duża presja kibiców? Raczej nie, katowicka publiczność była fantastyczna przez cały turniej, zwłaszcza, gdy Polakom nie szło - w niedzielę nawet odśpiewała w trakcie gry "Mazurka Dąbrowskiego", niestety, tak jak i inne mobilizujące okrzyki, nie pomógł. Braku koncentracji czy ducha walki również gospodarzom odmówić nie można - przy stanie 2:0 dla USA potrafili wygrać seta i wlać nadzieję w serca kibiców. Wszystko wskazuje na to, że najbardziej we znaki "Biało-czerwonym" dała się sama hala. Około 12 tysięcy ludzi i kilkudziesięciominutowy wysiłek w każdym z meczów, przy braku klimatyzacji w Spodku, powodował potworne zmęczenie. Już nawet podczas prezentacji składów przed grą widać było, jak z każdego zawodnika pot lał się strumieniami. Polacy tego nie wytrzymali i byli bezradni, zarówno grając przeciwko Brazylii, jak i USA. Nie udało się dokonać wyczynu historycznego - stanąć na podium Ligi Światowej. Mimo to siatkarze przez ostatnie kilka miesięcy grali rewelacyjnie, wygrywając 14 spotkań z rzędu (w tym dwa w finale LŚ). Teraz czeka ich zasłużony, dwutygodniowy odpoczynek. Po nim przygotowania do wrześniowych mistrzostw Europy, a później Puchar Świata w Japonii. Ten drugi turniej jest szczególnie ważny - trzy najlepsze zespoły uzyskają kwalifikację na Igrzyska Olimpijskie w Pekinie 2010. Wszyscy wierzymy, że się uda. W zakończonym kilkadziesiąt minut temu finale Brazylia w pięknym stylu pokonała Rosję 3:1 (18:25, 25:21, 28:26, 25:22). To piąty z rzędu triumf "Canarinhos" w rozgrywkach Ligi Światowej.
sobota, 14 lipca 2007
Nie udało się...
Polska nie wyśrubuje rekordu. Reprezentacja Raula Lozano przegrała z Brazylią 1:3 (23:25, 25:23, 21:25, 23:25) i jutro wystąpi w meczu o 3. miejsce. W finale rywalem "Canarinhos" będzie reprezentacja Rosji, która gładko pokonała dziś USA 3:1 (25:22, 17:25, 25:13, 25:21). Nie wiem co napisać o meczu Polaków, kompletnie nie mam weny. Po 14 wygranych meczach z rzędu kibice, w tym i ja, mieli wielki apetyt na finał Ligi Światowej, niektórzy na pewno widzieli już Polaków w ostatnim meczu turnieju. Wydawało się, że Brazylia jest w zasięgu, że nie pójdzie tak ciężko i faktycznie spotkanie było raczej wyrównane. Na pewno nie było takiej plamy, jak 3 grudnia ubiegłego roku w finale mistrzostw świata. "Biało-czerwoni" walczyli dzielnie, do końca, ale Południowcy byli dzisiaj nie do zatrzymania. Mecz pewnie skończyłby się szybciej, gdyby nasi dzisiejsi rywale nie popełniali mnóstwa błędów na zagrywce... Miałem jechać pod Spodek na finał w razie, gdyby nasi siatkarze wygrali z Brazylią... No cóż, zostaję w domu. Mecz Polska - USA jutro, tym razem o 17:00. |
Zakładki:
Kontakt:
Blogroll:
Polecam:
Reklama
liczba wizyt (od 19.07.2007): |